Wataha była już gotowa. Razem z Mercedes przygotowaliśmy wszystko dokładnie dla wszystkich innych zbłąkanych psów. Sęk w tym, że brakowało nam tylko nowych członków. Byliśmy tylko my dwoje. Jak zwykle wyszedłem z mojego malutkiego domku i powolnym krokiem przemierzałem nowe tereny naszej watahy. Nie spieszyłem się nigdzie, wręcz tylko chodziłem jak najwolniej by przeciągnąć ten krótki spacer jak najbardziej. Najlepiej byłoby gdyby trwał wieczność... To jednak było niemożliwe. Minąłem już lasek i łąkę. Wiatr lekko rozwiewał moje futro, a ćwierkanie ptaków, które jeszcze nie odleciały na zimę jakoś tak mnie uspokajało. Spadł już lekki śnieżek i w sumie to nadal padał, a ja czułem jak na moim futrze zatrzymują się malutkie śnieżynki, roztapiając się powoli. Byłem szczęśliwy, lecz samotny. I chyba to dlatego byłem taki jakiś przygnębiony.
Całkowicie się wyłączyłem i po prostu podziwiałem krajobraz. Nie wyczułem więc nieznajomego zapachu. Dopiero gdy w krzakach niedaleko mnie coś zaszeleściło, to odskoczyłem tak na wszelki wypadek i warknąłem krótko by odstraszyć od siebie potencjalnego przeciwnika.
- Kim jesteś? - spytałem już nieco spokojniej, lecz nie usłyszałem odpowiedzi.
Powtórzyłem więc moje wcześniejsze pytanie i dopiero wtedy przede mną pojawił się pies. Zamerdałem lekko ogonem, gdyż byłem szczęśliwy. Zdrowy rozsądek gdzieś cicho starał mi się przekazać, iż mógłby to być jakiś wróg. Ale w tamtym momencie miałem to w głębokim poważaniu.
- Jestem Hunter. - bąknąłem. - A ty? - spytałem nieznajomego
Ktosiu?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz